Przed przemianami polityczno-gospodarczymi, czyli przed przełomem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, miałem nieduży warsztat szewski – wspomina jeden z giełdowych graczy. – Buty reperował mój dziadek, ojciec, a później ja przejąłem ten interes. Po transformacji nadarzyła się okazja, żeby odkupić część hali produkcyjnej zakładów obuwia, które zbankrutowały, zresztą jak wtedy wiele innych zakładów w Polsce. Produkowałem buty na niewielką skalę, ale z czasem firma się rozrastała, obuwie moje schodziło jak przysłowiowe świeże bułeczki, więc coraz więcej inwestowałem w firmę. Kiedy na naszym rynku finansowym zaczęła funkcjonować giełda oraz fundusze inwestycyjne, wszedłem w tą grę niemal od razu. Dlaczego? Chyba z ciekawości, tyle się słyszało o giełdzie amerykańskiej, o fortunach, które tam się rodziły i upadały, chciałem i ja spróbować. Nie wiedziałem co to są akcje, obligacje, papiery wartościowe itd. Kiedyś wyczytałem gdzieś, że akcja jest papierem wartościowym, która łączy w sobie prawo o charakterze majątkowym i niemajątkowym, wynikającym – jak to napisano – z uczestnictwa akcjonariusza w spółce akcyjnej. Jeden ze specjalistów ekonomicznych poduczył mnie że „ akcja powinna sporządzona być na piśmie i zawierać następujące dane: a więc wszystko o firmie, czyli siedziba, adres spółki, oznaczenie sądu rejestrowego, numer spółki, datę rejestracji i wystawienia akcji, wartość nominalną, serię i numer, rodzaj akcji, wysokość dokonanej wpłaty w przypadku akcji imiennej, podpisy zarządu spółki, pieczęcie itd. Wszystkiego dowiedziałem się od specjalisty, ponieważ byłem zielony w tych sprawa jak konik polny. Moje początki na giełdzie nie były łatwe, człowiek nie bardzo wiedział co to jest akcja, jak ma zainwestować, aby zyskać a nie stracić, jakie ryzyko podjąć, a jakiego nie można. Zawsze mi w domu powtarzano, jeżeli po coś sięgasz to rób to małą łyżeczką, a nie łap się od razu za dużą, a już z pewnością nie po chochlę. Dlatego w myśl tej zasady inwestowałem nieduże kwoty, ale w akcje kilku spółek. Jeżeli jedna nie wypaliła pozostały inne. Nigdy się nie zdarzyło, że wszystkie akcje leciały na łeb na szyję, dlatego, jeżeli traciłem na jednych, zyskiwałem na innych. Dopiero kryzys zweryfikował to wszystko. Jeżeli szła bessa, to nie było siły na jakiekolwiek zyski. Trzeba było przeczekać najgorsze, nie wolno było się podpalać i sprzedawać w myśl zasady, aby tylko coś uratować. To tak jak na rynku mieszkaniowym. Ci co kupili po kilka mieszkań i nie wiedzą co teraz z nimi robić, najlepiej jak nie zrobią nic. Zasoby mieszkaniowe są na wyczerpaniu, a kiedy mieszkań zabraknie sprzedadzą swoje z odpowiednim zyskiem. Dlatego ja również spokojnie czekam na bessę, która musi nadejść, a jak nadejdzie dopiero wtedy sprzedam swoje akcje. Oczywiście nie wszystkie.
Tur
Leave a Reply
You must be logged in to post a comment.